Język inkluzywny w urzędach: widzialność, szacunek i precyzja
Administracja publiczna, w której dominują kobiety, potrzebuje języka, który potrafi ich obecność nazwać i zauważyć.
Dyskusja o języku inkluzywnym i feminatywach często przedstawiana jest jako spór ideologiczny. Tymczasem w administracji publicznej chodzi przede wszystkim o trzy wartości: precyzję, szacunek i widzialność. Język powinien wyrażać rzeczywistość społeczną, a rzeczywistość współczesnej administracji jest jednoznaczna: kobiety pełnią w niej różne funkcje, zajmują stanowiska kierownicze i stanowią większość zatrudnionych (w korpusie służby cywilnej zajmują aż 74 proc. etatów). Pytanie nie brzmi więc, czy kobiety są obecne w administracji. Pytanie brzmi raczej, czy język administracji potrafi tę obecność dostrzec.
Feminatywy to nie nowość
Jednym z najtrwalszych mitów obecnych w debacie publicznej jest przekonanie, że feminatywy są współczesnym eksperymentem językowym. Historia polszczyzny pokazuje jednak coś zupełnie przeciwnego. Żeńskie nazwy zawodów i funkcji występowały już w XVI wieku. Materiał źródłowy gromadzony przez Pracownię Badań nad Słowotwórstwem Nazw Żeńskich Uniwersytetu Wrocławskiego potwierdził użycie feminatywu „posełkini” już w 1522 roku (w rozmyślaniach religijnych Jana z Calvoli, jednej z najstarszych książek wydanych w języku polskim). Z XIX-wiecznych tekstów pisanych można ponadto wynotować użycie wyrazów „radczyni”, „adwokatka”, „mecenaska”, „notaryuszka”, „starostka”, „burmistrzka”, „celniczka”...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)